skuteczny coaching kariery

Jak znalazłam swoją pierwszą pracę? Gościnny tekst Justyny

Posted on Posted in Career coaching, Odporność psychiczna, post gościnny, Skuteczność, Sukces, własny biznes, wymarzona praca

Justyna Poluta

Zajmuję się marketingiem treści |

justynapoluta.com.pl

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Dzisiaj zapraszam do lektury tekstu mojego gościa Justyny Poluty. Więcej o Justynie na jej fanpejdżu i na stronie marketing-freelancer.pl

Ważne jest JAK, ale jeszcze ważniejsze W JAKICH OKOLICZNOŚCIACH

Zacznę od tego, że znalazłam ją, kiedy już zupełnie zwątpiłam w to, że ją znajdę. To raczej ja pozwoliłam się znaleźć. Byłam już zmęczona odbijaniem się od drzwi, rozmowami z ludźmi, którzy mówili o pracy, zaczynając od stawki godzinowej, bądź przez pryzmat własnego sukcesu, na który to "stać każdego". Rozpaczliwie chciałam "coś znaleźć" i "gdzieś się zaczepić'. To bardzo zła perspektywa, nie przyczynia się do tego, że dążysz tam, gdzie będzie Ci dobrze. Wyprowadziłam się ze Średniej Wielkości Miasta, żeby rozwinąć skrzydła, które i tak były połamane. Jednak potrafiłam nazwać swoje kompetencje i odważnie konfrontowałam zaporzebowanie rynku ze swoimi możliwościami.

Kot, którego nie było

Ta moja opowieść powoli staje się smutna. Szczerze mówiąc – tamta zima (w której znalazłam pracę) była smutna. O mało nie zostałam wyrzucona z mieszkania, bo zrobiłam przelew na kwotę odrobinę mniejszą, niż ustalona (po prostu się pomyliłam).

Spędziłam kilka wieczorów na szkoleniu z animacji marki w innej firmie, dla której nawet nie zaczęłam pracować. Dlaczego? Chyba zbyt dobrze rozmawiało mi się z szefem, gdy odwoził mnie na pociąg. Kogo skreślamy? Zagrożenie. Podwładna ma wykonywać polecenia, a nie intrygować. To nie tak, że straciłam nadzieję. Ja jej w pewnym momencie już wcale nie miałam. I zaczęłam patrzeć swoimi niebieskimi oczami na absurdy dookoła. Czułam się jak w amerykańskim serialu o kiepskich przygodach ludzi z ambicjami klasy C. Pamiętam taki wieczór, gdy wrzuciłam narzeczonemu do koszyka w supermarkecie kilka rzeczy dla mnie. Jakiś ser, może jogurt. Stwierdził, że "powinnam płacić za siebie sama, skoro jestem teraz niezależna". Byłam samotna (choć nie sama), opuszczona i biedna. Całe szczęście, że nie miałam czarnego kota (dla podkreślenia efektu pecha), bo pewnie zdechłby z rozżalenia nad moją osobą.

Bez większej filozofii – wrzuciłam ogłoszenie do sieci i o nim zapomniałam

To pytanie powinno być zadane odrobinę inaczej – Jakim cudem znalazłam swoją pierwszą pracę? Na pewno pomogła mi wytrwałość i determinacja. Od chwili, gdy spełniłam swoje marzenie o "pierwszej poważnej pracy" minął już szmat czasu. W chwili, gdy je spełniałam, już nie było moim marzeniem, a kolejnym spotkaniem, na które poszłam. Pewnie zupełnie inaczej to dziś pamiętam, niż rzeczywiście to wyglądało – w połowie stycznia 2014 r. I jeśli coś nie pozwoliło mi utonąć – to skromne oszczędności i mżonki o "mieście możliwości".

Jeszcze w październiku wrzuciłam do sieci ogłoszenie, że szukam pracy, w której mogłabym się realizować. I w styczniu ktoś na nie odpowiedział. Nie znasz dnia, ani godziny. Nawet, jeśli zarabiasz tylko na chleb, miej z tyłu głowy, że może kiedyś znajdziesz pracę, która pozwoli Ci zarobić na podróż do Toskanii. Tak, byłam w Toskanii. Czytaj dalej...

CV ukazało moją wyobraźnię, umiejętność kreowania wyjątkowego przekazu i zaangażowanie. Te cechy sprawiły, że ktoś na nie odpowiedział. Wiem, bo zapytałam.

Moje marzenie spełniało się, gdy miałam na sobie starą, rozciagniętą piżamę

Była niedziela, godziny przedpołudniowe. Dostałam maila z jakiejś firmy budowlanej, z prośbą o rozważenie posady w marketingu. Odpowiedziałam grzecznie. W nic już nie wierzyłam. Jadłam makaron z serem i studiowałam socjologię. To jakby przekreślało moje szanse na sukces. Poszłam na spotkanie w wyznaczonym miejscu i czasie. Odwiedziłam "za pracą" już tyle miejsc "pod psem", że szczerze zdziwił mnie portier w budynku firmy. Szłam z marszu na tę rozmowę. Godzinę wcześniej miałam umówioną inną rozmowę na stanowisko "animatora marki" w pewnym klubie. Dopiero na miejscu zoriętowałam się, że to klub go go, a moim nogom brakuje jakichś 15 cm, żeby górować nad własnymi ambicjami i wciskać komuś drinki.

Okazało się, że mail został wysłany z poczty partnera kobiety, która kogoś szukała na poważne stanowisko w poważnej agencji kreatywnej. Po prostu – nie posługiwała się na tyle językiem polskim, by sama napisać maila, a sama chciała dać szansę komuś, kto ma odwagę próbować wyjść przed szereg.

To skomplikowana historia. Z której morał mógłby brzmieć – zawsze odpisuj w grzecznym stylu na maile. Choć... lepiej, by brzmiał – zaufaj nieprzewidywalności życia. Wszystkim "nieugłaskanym" momentom.

Wisienki na torcie i splendory – na prawo, przeszkody i trudności – na lewo

Zdaję sobie sprawę z tego, że mój tekst nie jest motywujący. Internet pełen jest takich. Mówi się o wisienkach na torcie, splendorach i efektach, a nikt nie mówi o momentach, gdy nie stać Cię na ser i nawet na odrobinę wiary w siebie.

Podeszłam do mojej zwycięskiej rozmowy rekrutacynej bardzo zmęczona. Pewna, że i tak "wyjdę z niczym". Szczerze mówiąc, było mnie stać na takie podejście.

Pomyślałam o pracy, jeszcze zanim miałam nóż na gardle. Nikt tego ode mnie nie oczekiwał, studiowałam. Ale nie chciałam tracić czasu na spędzanie go tam, gdzie nic mnie nie zaskoczy. Znajdź coś, co Ciebie obchodzi.

Nie ufaj "odpowiednim momentom na", ufaj sobie.

Załóż na początku, że trudności Cię podłamią. Przykre? No, słuchaj, nie znam jednodniowych karier.

Uwaga, niespodzianka. Rzuciłam tę pracę. Mentalnie – w maju. Formalnie – w lipcu.

Pamiętam pewną sobotę, zajęcia z coachingu na studiach managerskich. I pytanie, które padło. Co stanowi Twój największy problem? Odpowiedź brzmiała: Ja. Popłakałam się na oczach kogoś, kogo oczy miały odcień turkusowo – szary. Mogłam. Już byłam w miejscu, w którym pragnęłam być, i miałam pełne prawo się wycofać. Dopiero obecność kogoś, kto mogł trzymać rękę na moim ramieniu, pozwoliła mi zrozumieć, że praca jest sposobem na życie, nie na udowadnianiem sobie czegoś.

Rzuciłam wszystko.

Sekret tkwi... w Tobie

Sekret tkwi w przyjmowaniu szans, które dostajesz.

W pokonywaniu kilomentów, które przemierzasz, żeby się choć raz nie rozczarować.

W turkusowo - szarych oczach, w które pozwalasz sobie patrzeć i czerpać siłę od kogoś, kto już przeszedł podobną drogę.

W świadomości, że coś staje się dla Ciebie toksyczne. I rezygnowania z tego.

W odwadze, by chwytać się tego, przy czym wzrastasz. To wszystko.

 

One thought on “Jak znalazłam swoją pierwszą pracę? Gościnny tekst Justyny

  1. Ciekawe, że z punktu widzenia mojego coachingowego doświadczenia i wiedzy coachingowej o zmianie, moment przełomowy dla bohaterki tej historii nastąpił, kiedy usłyszała i przeżyła mocno pytanie: „Co jest Twoim największym problemem?” „Ja sama…”
    Dopiero wtedy nastapiła , moim zdaniem, przemiana myślenia na, która popchnęła jej rozwój do przodu. Od bycia miotaną przez życie do poczucia sensu tego, co się robi. W efekcie bohaterka znalazła / stworzyła pracę, jakiej potrzebowała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *